Aktualności:

Autor Wątek: Mój rak - jajniki, macica  (Przeczytany 10656 razy)

Romuald

  • Administrator
  • Sr. Member
  • *****
  • Wiadomości: 387
    • Zobacz profil
Mój rak - jajniki, macica
« dnia: 18 Maj 2019, 19:06:10 »
MÓJ RAK - moja historia.

Świętokrzyskie Centrum Onkologii Kielce
- Zdiagnozowaliśmy u Pani nowotwór jajnika - usłyszałam....

...A historia zaczęła się rok wcześniej, kiedy to najpierw zdiagnozowno u mnie stan przedrakowy szyjki macicy z prognozą raka złośliwego.
- Najlepszym rozwiązaniem dla Pani będzie wycięcie części szyjki macicy - powiedział wtedy ordynator działu ginekologii w moim mieście.
- Nie zgadzam się - odpowiedziałam i... poszukałam innego lekarza...

Trafiłam dobrze, bo pod konsultacją nowego lekarza ocaliłam swoją szyjkę macicy, ale...wiązało się to ze stanięciem do prawdy na swój temat i uwolnieniem wielu programów, traum i emocji zastygniętych w ciele z samego dna mojej istoty. To był czas, w którym oswajałam się z moją kobiecością, niegdyś wypartą, bo ten świat i kobiety w nim stały się takie męskie, ciągle prące do przodu, nieustannie działające i zagłuszające swoją kobiecą naturę, która szeptała:
zwolnij
poczuj
poczekaj na inspirację
odczuwaj
daj sobie czas...

Trudno się dziwić, że kobiety wzięły na siebie tak wiele. Wszelkie wojny światowe i ta znacząca - "druga" i odejście na nie mężczyzn spowodowało, że kobiety musiały przejąć wiele obowiązków na siebie i tu zatarła się granica między tym, co męskie, a co żeńskie zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, bo chłopców wychowywały matki, które nie były w stanie przekazać im wzorców męskości, dlatego mając taki model rodziny, mężczyźni zaczęli wymagać od kobiet zbyt wiele, bo taki widzieli wzorzec, a one by przetrwać w świecie zdominowanym przez mężczyzn - musiały ciągle udowadniać swoją wartość, ciągle walczyć o swoje, by poczuć, że coś znaczą...

...a przecież tak pięknie możemy ze sobą współpracować, gdy tylko otworzymy się wzajemnie na siebie...
...gdy tylko wróci kobiecość i męskość na swoje miejsce...
...gdy tylko zrobimy na nie przestrzeń...

Ja również byłam w tej grze walki z kobiecością, bo w tym męskim świecie to, co kobiece wydawało się słabe, więc weszłam w tę grę do tego stopnia, że zabijałam wszystko, co we mnie kobiece...wraz z macicą i jajnikami...

Trudno też się dziwić, że mężczyźni wymagali od kobiet coraz więcej, bo przecież widząc je radzące sobie zarówno z tym, co męskie, jak i kobiece - czuli, jakby kobiety odcięły im jaja, więc zrodziła się w nich często nieuświadomiona pogarda i nienawiść do kobiet. Stąd wzięło się umniejszanie im, agresja i dominacja nierzadko poprzez siłę lub zastraszanie. A one zaczęły z tym walczyć chcąc im dorównać - zabijając w sobie kobiecość.

Gdy zrozumiałam o co tu chodzi - ukochałam mocno w sobie to, co kobiece, ale....przestałam odnajdywać się w tym męskim świecie i nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Drażniła mnie córka, bo wszystkie czynności, jakie musiałam wykonywać względem niej - zmuszały mnie do... życia.
Ona trzymała mnie przy życiu a ja chciałam już...NIE CZUĆ...
Nie czuć czegoś, czego nie wiedziała głowa, ale emocje w ciele przypominały o tym...

Pytałam siebie ze wściekłością co jeszcze chce ze mnie wyjść, co jeszcze potrzebuje się ze mną zintegrować, co jeszcze muszę poczuć! Przecież już tyle traum i programów uwolniłam! Zaprzyjaźniłam się ze swoją ciemnością, oswoiłam tyle swoich demonów, dotknęłam samego dna prawdy o sobie , więc co jeszcze?! Nie mam już k**wa siły! Ja już tu nie chcę być!

...więc podświadomie odcielam od siebie pieniądze, pracę, relacje, by nie mieć pieniędzy na wyzdrowienie, na życie...bo właśnie podświadomie chciałam już nie istnieć...

...I uświadomiłam sobie, skoro nie chcę tu być - to nie chcę czegoś czuć...i wtedy zobaczyłam te niesamowite, ukryte, zakopane pod dnem pokłady autoagresji i nienawiści do samej siebie. A myślałam, że się kocham...Znów wyszła prawda o mnie.

Poczułam strach i usłyszałam krzyk malutkiego dziecka. Pokazały się obrazy rocznej dziewczynki skrzywdzonej męskością. Teraz zrozumiałam, dlaczego nie mogłam się odnaleźć w tym męskim świecie, bo podświadomie bałam się tego, co męskie...Czyli mężczyzn, pieniędzy (bo one też są w energii męskiej), świata... Wróciły emocje. Czułam, że rozrywają mnie wewnętrznie. Przez ostatnie dwa lata tak wiele się działo i jeszcze to - pomyślałam...

Mogłam powiedzieć do samej siebie, że to za szybkie tempo integracji wszystkich wypartych moich części, ale przyszło zrozumienie, że tylko wydłużę ten proces i że nie ma innej drogi - po prostu muszę przez to przejść i to poczuć, więc powiedziałam tej małej dziewczynce w sobie, że już nie musi nic ukrywać, że tajemnica została ujawniona. Emocje to pokazały. Wszyscy wiedzą. Obraz sprawcy to tylko kwestia czasu. Zwalniam wszystkich strażników tej tajemnicy i siebie z bycia strażnikiem.

...Ale ciało odebrało i pokazało, to co nieświadomie przez tyle lat zabijałam w sobie. Pokazało efekty tej nienawiści.
Trafiłam do szpitala. Diagnoza: NOWOTWÓR JAJNIKA o wymiarze 24x20mm z zaznaczonym unaczynieniem i PRZEDWCZESNE WYGASANIE CZYNNOŚCI JAJNIKÓW z jakimś ale...

Przyglądałam się ludziom leżącym ze mną na tym oddziale i ich reakcjom na swoje diagnozy tj.: rak płuc, guz tarczycy, nowotwór trzustki, wątroby.
Płacz.
Załamanie.
Bezsilność.
Rezygnacja.
Przerażenie.
I co najgorsze oddanie się chorobie.

W nikim tam nie widziałam mocy, by powiedzieć do niej: STOP.
Jednak oddanie się chorobie to nie to samo, co poddanie się. Zobaczyłam, że wszyscy chcą z nią walczyć, nie rozumiejąc, że walka oznacza zgodzenie się na pozostanie jej w ich przestrzeni. Nie trzeba walczyć, by wygrywać. Wystarczy wyjść z walki i ustanowić swoje granice. W walce tracimy siły...
Złość i gniew ustanawiają granice - nie mylić z agresją. Złość i gniew to emocje i wystarczy pozwolić sobie je poczuć i głęboko w sobie powiedzieć: " Nie zgadzam się na to." Agresja to wybuch stłumionych emocji, których właśnie nie chcieliśmy czuć.

Zaobserwowałam moją różnicę między tymi ludźmi a mną w reakcji na diagnozę. Dla nich był to wyrok, a dla mnie informacja o mnie. Wpuściłam ją do przestrzeni mojego serca. Wpuszczałam też informacje o historiach tych ludzi. Oni mówili o mnie...

Nikt tam nie kochał samego siebie. Ja wśród nich...
Powiedziałam do siebie: "Jestem taka sama, jak Wy."
Wszyscy płakali nad swoim losem. Jedyną osobą, która nie płakała byłam ja...Nie chciałam ich w niczym uświadamiać, bo czułam, że nie ma w nich gotowości na prawdę o sobie. Uszanowałam to, jednocześnie czując z nimi niezwykłą więź, bo przecież wszyscy byliśmy tacy sami.
Wszyscy pozwoliliśmy się zdiagnozować. Weszliśmy w grę systemu. Jedni, by dalej nie odkryć kim są, bo to być może nie ich czas... inni, by odkryć kim są a jeszcze inni, by ODCZUĆ SWOJĄ MOC...

Powiedziałam sobie:
"Skoro mam tak potężną moc niszczenia i potrafię tak skutecznie zabić własne ciało, to jestem teraz ciekawa i chcę przekonać się, jak potężną mam moc tworzenia. Biorę pełną odpowiedzialność za moją chorobę i za wszystkie moje emocje, których nie chciałam czuć."

Następnie zwróciłam się do mojej choroby mówiąc:
"Witam Cię.
Widzę Cię.
Nie będę z Tobą walczyć, bo w walce traci się siły. Zostań tyle ile trzeba, bym wzięła wszystkie informacje, które chcesz mi przekazać na mój temat, ale nie zgadzam się byś mnie dalej jadła. Moje ciało to moja przestrzeń i ja nią zarządzam. To ja Cię stworzyłam, byś mi pokazała to, czego nie mogłam zobaczyć."

Wróciłam do domu ze szpitala.
Świat stał się dla mnie inny. Te ptaki na niebie, drzewa - cała natura wzbudzały we mnie takie poczucie wdzięczności, że mogę patrzeć na te dzieła. Widzieć to, widzeć słońce, księżyc, gwiazdy - nabrało dla mnie innego znaczenia.
"Chcę być zdrowa. Nie chcę umrzeć i nie chcę stracić mojego jajnika" - pomyślałam.
Gdy usiadłam na kanapie powiedziałam do mojego ciała: "Kocham Cię. Chcę Cię mieć w całości. Chcę poprzez Ciebie czuć, bo czuć znaczy żyć...Proszę zaprowadź mnie do najlepszej metody uzdrowienia Ciebie."

...Nagle przyszedł obraz oprawcy...Wiedziałam kim był. Ponad 30 lat temu popełnił samobójstwo. Poczułam żal do niego i gniew mówiąc:
"Cieszę się, że się zabiłeś.
Teraz jest wyrównane.
Uwalniam Ciebie i uwalniam siebie."

Poczułam, że nie chcę już zabijać w sobie tej małej dziewczynki, na którą reagowali mężczyźni chorym pożądaniem, że mogę ją zaprosić do siebie, zintegrować, przytulić i pozwolić jej doświadczać, to, co było jej zabronione, to czego się bała. Stać się jej opiekunem i uświadomić jej, że to doświadczenie to nie jej wina.

Następnego dnia szykując córkę do szkoły a siebie znów w podróż do Szpitala Onkologicznego ustalać metodę leczenia nowotworu, tak bardzo chciałam wydłużać każdą chwilę z nią. Niegdyś te czynności, które mnie denerwowały czyli np. czesanie jej i te jej włosy, na które się wściekałam, bo zawsze się tak kołtuniły, gdy robiłam jej warkocza a czasu zawsze tak mało przed wyjściem - dziś chciałam, by się zatrzymał... Dziś gładziłam jej włosy i czułam taką wdzięczność, że mogę ich dotykać...
Ja, ta która zawsze ją popędza i mówi:
"Szybciej Nadia.
Pospiesz się, dlaczego zawsze jesteś taka wolna?
Ostatnia zawsze się ubierasz, ostatnia zawsze wychodzisz z szatni, rób żesz to wszystko szybciej, nie ma czasu!"

Tego dnia było inaczej. Przestało mi się spieszyć. Zrozumiałam, do czego mi się przez ostatnie lata spieszyło...
Do śmierci...
A ona chciała mnie zatrzymać...

Nagle córka zapytała widząc, że ją nie popędzam:
- Mamo zdążymy?
- Nie ważne. Już nie chcę się spieszyć - odpowiedziałam...

Zaprowadziłam ją do szkoły i pojechałam do szpitala. Jadąc rozmyślałam o tym, jak to będzie, gdy będę przyjmować chemioterapię, bo na pewno nie pozwolę sobie wyciąć żadnej części mojego ciała. Rozmyślałam o tym, jak będę wyglądać, gdy wyjdą mi po niej włosy a przecież jestem umówiona z przyjaciółmi na wspólne wakacje. No cóż - pomyślałam. Pojadę bez włosów. Najważniejsze bym odzyskała zdrowie i jeśli to jest jedyny sposób na wyleczenie- przyjmuję to.

Rozmyślałam o tym, że będę musiała zrezygnować z działalności terapeutycznej z klientami. Rozmyślałam o tym, z czego ja będę żyć i wtedy coś się we mnie otworzyło na rodziców. Zawsze w przeszłości miałam wyrzuty sumienia przyjmując od nich pomoc a tego dnia poczułam wdzięczność, że są i mogą pomagać, gdy ja będę w potrzebie. Poczułam otwartość na to. To tak, jakbym w jednej minucie nauczyła się brać od życia, przyjmować od życia...

Rozmyślałam też o tym, że nikt z mojej rodziny, która jest obciążona genetycznie nowotworami zarówno ze strony mamy, jak i ze strony taty - nie przeżył chemioterapii, więc dałam sobie intencję, że na pamiątkę tych, którzy odeszli ja przeżyję i zrobię to, czego oni nie mogli, bo chcę żyć i widzieć mnóstwo zachodów i wschodów słońca, bo chcę śpiewać, tańczyć, tworzyć, pisać, występować na scenie, robić warsztaty, rozwijać się, bo chcę przekonać się, jak to jest wyrażać połączoną energię męską i żeńską w moim ciele. Chcę odczuć i zobaczyć, jak one pracują razem. Chcę odczuć i zobaczyć, co wyrażają dla mnie w ciele i w świecie.
I łza spłynęła mi po policzku...
Po czym wyobrazilam sobie, jak opuszaczam Szpital Onkologiczny ze szczęściem.

Gdy byłam już na miejscu, weszłam do gabinetu lekarza, pokazałam wyniki badań, zdjęcia usg nowotworu, diagnozę. Doktor zlecał kolejne badania, markery nowotworowe itp., a pielęgniarka, która mu asystowała robiła ich wydruki. Mówił mi o możliwościach leczenia. Wiedziałam, co mnie czeka. Byłam na to gotowa. Poprosił, bym się przebrała to przyjrzy się temu guzowi. Usiadłam na fotel lekarski i poddałam się kolejnemu badaniu usg. Obejrzał najpierw prawy jajnik po czym powiedział:

- Dobrze, przyjrzymy się temu drugiemu lewemu.

Po dłuższej chwili mówi:
- Pani Ilono, nie ma tego guza.

Ja na to:
- Może gdzieś się ukrył. Niech Pan dobrze sprawdzi, bo doktor, który robił mi wcześniej USG, wykrywając go -zawołał drugiego lekarza, by upewnić się, czy to guz i obaj go widzieli.

- Pani Ilono, na zdjęciach USG z badania sprzed dwóch dni - jest, ale dziś go nie ma. Widział bym go, bo nie sposób nie zauważyć guza o podanych wymiarach 2,5 cm i tym bardziej, jak opisano z takim unaczynieniem. Jedyne, co widzę to dwa malutkie pęcherzyki, bo jest Pani w fazie owulacji. To, że Pani nie ma miesiączki - to nie znaczy, że nie jest Pani płodna. Gdy kobieta rodzi dziecko przez jakiś czas nie ma miesiączki, ale ma owulację. I tak jest z Panią - nie wydobywa się z Pani krew, ale ma Pani owulację. Pani Ilono, a guza tak, jak powiedziałem nie ma.

- Panie doktorze ja od dwóch lat nieustannie "rodzę" się na nowo - powiedziałam.
Uśmiechnęliśmy się do siebie.

Po chwili pielęgniarka zza biurka z oddali odzywa się:
- Doktorze porwać zlecenia badań i do kosza?

- Do kosza - odpowiedział lekarz.

Ubrałam się. Podeszłam do jego biurka i powiedziałam:

- Czyli mogę już zabrać te wszystkie wyniki i wyjść?
- Tak - odpowiedział.
- Doktorze jestem taka szczęśliwa! Wracam do życia!
- Niech Pani kupi sobie na Dzień Kobiet butelkę wina!
- O tak! Dużo wina - powiedziałam z dużym uśmiechem.

Uśmiechnął się do mnie wraz z panią pielęgniarką. Wyszłam mówiąc sama do siebie:

"Parę dni temu umarłam. Dziś się odrodziłam.
ŻYCIE! K**WA! JAK JA CIĘ KOCHAM! :D
Chcę czuć Cię w każdym milimetrze mojego ciała...bo czuć znaczy żyć."

Ach 😍 Nie sądziłam, że aż z takim szczęściem wyjdę z tego szpitala tego dnia! 😃

Tyle pięknych uświadomień w przeciągu tak krótkiego czasu. Dzięki tej chorobie...
Każda choroba niesie dla nas informacje, gdy nie stwarzamy oporu przed nimi - wtedy ona nie ma potrzeby już z nami być.
Osiągnęłam największy sukces w moim życiu - zachowałam kobiecość, zachowałam życie!
Cudowny prezent na Dzień Kobiet - ŻYCIE, JAKO PEŁNA KOBIETA :)

Wracam do działalności terapeutycznej poszerzona, z wyższym horyzontem spostrzegania świata i z poczuciem własnej mocy, bo nie ma rzeczy niemożliwych, gdy wiesz kim jesteś....

To Ty jesteś Twórcą, Kreatorem i Bogiem... swojej przestrzeni.

Ilona I.K.